Wersja do druku Brak logowania
Zaloguj mnie | Pomoc

Strona osobista:Wanda Szczypiorska

Publikacja - Autograf 2002

                                                                   POWRÓT

Cmentarz w Sopocie. Pogrzeb. Stypa. Powinowaci i znajomi. Po pogrzebie pojechałam do Gdyni. Sama. Był bardzo wietrzny wiosenny dzień. Wiedziałam, że jestem tutaj ostatni raz - teraz nie będę miała już pretekstu, żeby przyjeżdżać do Trójmiasta. Wysiadłam z trolejbusu i poszłam w stronę morza, pragnąc – może po raz ostatni – przywołać dzieciństwo. Nie spodziewałam się, co prawda, że zatłoczony basen jachtowy przypomni mi tamten, prawie pusty. A jednak. Rozpoznałam topole przed szkołą, drzewa przy ulicy, która kiedyś nazywała się ulicą Czołgistów. Na pewno te same. A kiedy wracałam już do Sopotu, na pewno te same perony gdyńskiego dworca. Nie raz mi się śniły. I ciemna, zakopcona ulica Podjazd pod torami kolei. Kiedy ją zobaczyłam, wiedziałam, że śniła mi się również… Nie sądziłam, że je przywołam. Ale powróciło. Nastoletnie dzieciństwo. Zaczadzone literaturą i nieustannym afektem do kolejnego chłopca.

Dwanaście, trzynaście lat. Pamiętam zmieniającą się modę tamtego okresu, czyli kolejne, następujące po sobie, niemożliwe do realizacji marzenia. Mama coś kleciła, ze starego robiła nowe. Z szarego koca, który Tolek przywiózł z oflagu z Niemiec, uszyła mi płaszcz. Eleganckie buty na słoninie, które stały w sklepie Baty na Skwerze Kościuszki, musiały pozostać w sferze marzeń. Całe szczęście, że po tułaczce mieliśmy ten dach nad głową, to schronienie w starym czworaku, w Pogórzu, na dalekim przedmieściu Gdyni

Wieś skupiona wokół stawu o czarnej, jak dno krateru wodzie, pobielonej gdzie niegdzie stadkami gęsi – a za wsią drogi – z jednej strony do Dębogórza, z drugiej – do Kosakowa. I przestrzeń aż do Zatoki, do Mechlinek i Rewy. Gdynia jest po przeciwnej stronie, gdzieś w dole. Zaczynała się tam, skąd odjeżdżał autobus, od wysokiego muru, który otaczał miejską rzeźnię. To nie wtedy jeszcze, to parę lat później, wracając wzdłuż tego muru ze szkoły pewnego dnia, płakałam w jego chłodnym cieniu, bo umarł Stalin.

Kiedy miałam dwanaście lat, umarła Babunia. Niezwykła Babunia – złośliwa, zgryźliwa dowcipna. Oczytana. W tym, co przystoi damie – Thackeray, Sienkiewicz, Kraszewski. Wolnomyślicielka. Od dawna bardzo chora, chyba od czasu naszej tułaczki, od czasu Powstania. Towarzyszka moich lektur. Dotąd jakoś się trzymała, ale tego lata, opuchnięta i bezwładna, nie kładła się przekonana, że w łóżku umrze. Pamiętam ją, w dzień i nocy siedzącą w trzcinowym fotelu – do końca ciekawa świata, nawet w nocy patrzyła w okno. Zawsze życzliwe, zawsze pomocne sąsiadki-Kaszubki położyły ją, kiedy nie mogła się im opierać. Jawny ateizm Babuni był dla nich tylko dziwactwem – wezwały księdza. Mama, przemęczona, nie radziła sobie, nie sprzeciwiała się. Ksiądz stał się dla Babuni zwiastunem śmierci. Ja też byłam chora. Miałam zapalenie pęcherza, wysoką gorączkę i pierwszy okres. Leżałam w drugim kącie pokoju i krzątanina czarnych postaci robiła na mnie wrażenie sabatu czarownic.

Dwanaście, trzynaście lat i Liceum Sztuk Plastycznych w Gdyni. W niewielkiej willi na szczycie Kamiennej Góry każda klasa miała zajęcia praktyczne rano raz, może dwa w tygodniu. W Liceum na Czołgistów uczono nas popołudniami.

Wspaniałe, samotne ranki spędzone na lekturze, z całkowitym pominięciem matematyki i znacznie gorsze wieczory, późne wieczory, samotne wyczekiwanie na dworcu w Gdyni. Bardzo bałam się powrotów. Zatłoczony autobus skręcał z dworca w ulicę Podjazd, zanurzał się w ciemność i prawie pusty dojeżdżał do przystanku Rzeźnia Miejska. Bywałam jedyną osobą, która wysiadała. Przede mną, ledwie widoczne w ciemności piętrzyły się wzgórza. Musiałam wkroczyć w to pełne upiorów pustkowie. Na samej górze czekała mama, ale nie zawsze, mogło jej tam nie być i właśnie to – niepewność, groza późnego powrotu, dworzec w Gdyni, ulica Podjazd i wzgórza – śniło mi się potem, kiedy zapadło w niepamięć.

Nadeszło lato, które pamiętam jako rozświetlone, niezwykle jasne i zagęszczone emocją do granic wytrzymałości. Nie mogłam czytać. Siedząc przy oknie z książką trwałam w oczekiwaniu. Byłam zakochana. To Paweł Bork. Uczeń mamy z kursu dla analfabetów. Pełen wdzięku. Starszy ode mnie – szesnaście, może siedemnaście lat. Nie pamiętam, jak wyglądał, twarzy jego nie pamiętam, ale o nim samym nigdy nie zapomniałam. Po latach pisałam o nim opowiadania. Trzynaście, czternaście lat. Dni wypełnione tęsknotą, namiętnym pragnieniem, żeby pojawił się w pobliżu. Zaczajona nad stawem, wypatrywałam go na drodze. Nie mogąc dłużej znieść niepewności, wyruszałam raz i drugi, jak gdyby ot tak sobie, w dół szosy, gdzie mieszkał. Pełna nadziei biegłam na boisko do siatkówki. Musiał mnie wreszcie dostrzec, bo wybraliśmy się kiedyś na wzgórza pomiędzy kłujące krzewy i żółte kwiatuszki irku. To był rozsądny chłopiec. Wiedział, że nie ma dla nas przyszłości. Zostałam odrzucona.

Mój Boże.

Koniec wakacji, ciepła jesień, nowy rok szkolny i pierwsze kostiumy bikini na plaży w Gdyni. Starsze koleżanki w takich kostiumach z chusteczek. Ale ja i dziewczyny z klasy jeszcze nie. Siedzimy zbitą gromadką na piasku. Krepujemy się wstać. Nie tak dorosłe, jak tamte, nie tak piękne – tak nam się wydaje – wstydzimy się swoich czternastoletnich, piętnastoletnich ciał.

Początek roku szkolnego oznaczał zapobiegliwą krzątaninę. Mama starannie gromadziła opał. Węgiel przydzielała gmina, ale drewno musiała przyciągnąć z lasu sama. Zimą w pokoju na wyszczerbionych ścianach osiadał połyskliwy szron, a kuble z wodą, co rano robiło się przerębel. Tolek miał wtedy wilczy bilet z powodu AK i Powstania i z konieczności pracował u człowieka, który w ciemnym korytarzu gdyńskiego mieszkania produkował spinki. Z powodu tego zajęcia i on i Tolek cierpieli upokorzenie. Tolek miał swoich starych znajomych, kolegów i koleżanki z dawnych lat. Tylko, że oni studiowali. I mieszkali w centrum, w swoich przedwojennych mieszkaniach. Znali się na jazzie, znali się na modzie, jeden z nich miał samochód, poniemiecką amfibię. Tolek ubierał się jak bikiniarz, nosił wąskie spodnie i marynarkę z szerokimi klapami. Pamiętam problem szerokich klap. Długo nie dawał się rozwiązać.

Żyłam w innym świecie. Wielka to i wątpliwa zasługa kina Warszawa na Świętojańskiej, kina o jednolitym już wtedy repertuarze. W szkole czytaliśmy Jak hartowała się stal, a na przerwach, przejęci nostalgią, śpiewaliśmy pieśni rosyjskie na głosy. Tolek nie mógł zapomnieć Gildy. W domu słuchał radia Luxemburg. Sypiał w kuchni na polowym łóżku. Ktoś z rodziców, na życzenie mamy, postawili ściankę działową i teraz były tam dwa pomieszczenia – jedno ciemne z piecem kuchennym i drugie jasne, ze stołem, przy którym Babunia – niegdyś – czytywała głośno Krzyżaków. Rodzice uczniów mamy zawsze gotowi byli przyjść z pomocą. Wiosną, po świniobiciu przynosili dary. Przyjaźniłam się z dziewczętami w moim wieku, które już nie chodziły do szkoły. Mieszkałyśmy tak blisko siebie, w domkach-czworakach nad stawem. Były zawsze na zawołanie. Czekały siedząc w kucki pod murem, o ile nie miały innych obowiązków. Tajemnicą dla mnie było ich powodzenie u chłopców. Dlaczego one, a nie ja? Lato było gęste od tych tajemnic. Może już nie czternaście, może piętnaście lat. Już nie grałyśmy w klipę, ani w kamyki. Chodziłyśmy gromadką. Zbierałyśmy się, to nad stawem, to na pagórku nad boiskiem do siatkówki. Któraś zaczęła znikać, potem pojawiała się nagle – odmieniona. Skądś napłynęła wiadomość, że Paweł się ożenił. Ale mnie przecież nie o to chodziło. Pragnęłam tylko jego dotyku. Jego tęsknoty i cierpienia.

U sąsiadów umarło niemowlę. Urodziło się i umarło. Wyglądało jak woskowa kukiełka.

Chodziłam dziewczynami paść kozy w rowach przy drodze do Kosakowa. Chodziłam dla towarzystwa. Wśród pól rosły kępy jeżyn. Zjadało się również dojrzałe owoce głogu i dzikie gruszki. W lecie znacznie mniej przejmowałam się modą. Ze szkolnymi koleżankami nie spotykałam się prawie wcale. One miały ojców. Ich ojcowie byli marynarzami, stoczniowcami, miały prawdziwe swetry i dobre buty. Gdzieś znikały w czasie wakacji. Późną jesienią znikały dziewczyny z sąsiedztwa. Rano niańczyły młodsze rodzeństwo, a wieczorami nie chciało się nigdzie wyjść. Jedynie, kiedy zamarzał staw, zaczynał się jakiś ruch. Napisałam kiedyś opowiadanie o sobie, o strachu przed ciemnością, o powrocie ze szkoły zimą po tym zamarzniętym stawie z wnoszącą się nad nim ślepą ścianą. Ktoś niewidzialny szedł naprzeciw mnie po lodzie, potem stanął, kiedy ja stanęłam, a potem ruszył biegiem. Do domu już tylko jeden skok. Można oprzeć się o gorący piec, uspokoić, ogrzać.

Mój ojciec, w cywilu oficer marynarki, w wojsku podporucznik, poległ gdzieś tu, na wzgórzach, w pierwszych dniach wojny, w bohaterskiej obronie Gdyni. W Urzędzie Morskim uznano, ze coś się nam za to należy – przekazano mamie i mnie dar – zagraniczną paczkę. W tej paczce była etola, z której mama przez lata robiła futrzane kołnierze i był tam cudownie miękki, przedwojenny, wełniany płaszcz. Pasował na mnie, potem był przerabiany, potem przenicowany, potem przycięty do wymiaru kurtki. Potem, po latach, nosiła go mama. Od tego czasu widok – gdziekolwiek – czegoś z miękkiego flauszu w prążki, jest dla mnie proustowską magdalenką. W nagłym olśnieniu wraca ten czas, z jego ciężarem oczekiwania.

Miałam czternaście, piętnaście lat. Początkowo jedynym przedmiotem, którego uczyłam się naprawdę chętnie była łacina, ale szybko ją zlikwidowano. Znikła również nauczycielka łaciny, piękna, kulturalna, przedwojenna pani. Pojawiła się nowa nauczycielka polskiego – towarzyszka Kasjan – przedwojenna komunistka. I ona znikła. Zastąpiła ją pani Fleszarowa i nastała pasjonująca epoka Dziadów, Chłopów, inscenizacji teatralnych. Byłam najmłodsza w klasie. W inscenizacjach lektur szkolnych grywałam aniołki oraz niewiniątka, ale na akademiach ku czci – ubrana w zetempowską, zieloną koszulę i czerwony krawat – recytowałam solo donośnym głosem: Obywatelu Deleklizzz..! Schrońcie się na dół! Barykada paść musi! Tam pewna śmierć!

Z przyjaciółką, Janką chodziłyśmy taką trasą, żeby przejść obok Szkoły Morskiej, choć była mała szansa, że któryś z jej uczniów, tych wspaniałych chłopców, wychyli się z okna. A jednak, na przepustce byli dość pewni siebie, skłonni do zawierania znajomości. I to nie one, moje koleżanki, starsze ode mnie, dobrze ubrane – to ja poznałam Eugeniusza pewnego wiosennego dnia. Zaczepił mnie na ulicy, na skrzyżowaniu Świętojańskiej z ówczesną ulicą Czołgistów, wspaniały, ubrany w ten wymarzony mundur. Od razu zgodziłam się na spotkanie. Lecz on, niestety, należał już do załogi statku, który popłynąć miał na Daleki Wschód.

Chodziłam z nim na spacery onieśmielona jego urodą, bo on był naprawde piekny. Koleżanki nie dowierzały. Widywałam je gdzieś w pobliżu, na molo, albo na bulwarze, lecz udawałam, że ich nie znam. Nosiłam wtedy czerwono niebieską myckę z pomponem i te kurtkę zrobiona z płaszcza. Pewno była wczesna wiosna. Szliśmy wzdłuż brzegu morza w stronę Orłowa, potem wyżej, na wzgórza, do lasu – przysiedliśmy na zwalonej kłodzie. Patrzył na mnie z nienaturalna powagą, a ja drżałam i nie wiedziałam, dlaczego. To było uczucie dziwne jakieś, nowe i nieprzyjemne – podniecenie i lęk nie dające się opanować. Chciałam, żeby minęło, skończyło się jak najszybciej, a więc pozwoliłam na pocałunek, opierając się jednak z lekka. Zniknął… Pisał do mnie z Adenu, pisał z Hongkongu i skądś jeszcze. Gdzieś tu są te listy.

Jak wrócić? Jak wtopić się raz jeszcze w to świetliste powietrze?

Basen jachtowy. Serdeczna przyjaciółka – Basia Sobańska. Równie jak ja oczytana i również dojeżdżająca. Była duża i niekształtna. Pamiętam ją, w jednej jedynej, granatowej znoszonej sukience. Może miała inne, ale tak ją zapamiętałam. Chodziłyśmy w pobliże basenu jachtowego, żeby popatrzeć zza muru na chłopców ze Szkoły Jungów. Mieli ćwiczenia z wiosłowania. Spotykani w pojedynkę na skwerze, wydawali się zbyt młodzi i jacyś tacy… Ale tam, na basenie, w zdyscyplinowanej, ciasnej gromadzie, wszystko w nich było tajemnicą. Żeby być bliżej tej tajemnicy, zapisałyśmy się do klubu jachtowego Gryf. Wczesna wiosną basen był pusty, kilka jachtów należących do klubu stało na brzegu. Kazano nam je skrobać. Byłam z tego zadowolona. Córka, wnuczka, siostrzenica kapitanów Żeglugi Wielkiej, panicznie bałam się zielonej głębi. Po latach, Tolek też został marynarzem. Teraz umarł. To jego pogrzeb. Starszy ode mnie o dziesięć lat… A ja? Żyje jeszcze? Jednak w końcu trzeba było zstąpić do zielono burej otchłani. Uczono nas pływać na bączku. To dawało możliwość spotkań bezpośrednich z wiosłującymi jungami. Ale bez konsekwencji. Skończyło się na chichotach. Tylko raz weszłam na jacht spuszczony na wodę. Basia, ja i niedoświadczony sternik wypłynęliśmy z basenu. Nie wiem, dlaczego w miarę jak żeśmy się oddalali, rozjaśniała się pod nami głębia. Potem coś się takiego stało, że wszyscy się przestraszyli, a najbardziej sternik, wróciliśmy z trudem, kilkaset metrów zaledwie i to był koniec. Wolałam oglądać morze ze szczytu skarpy, gdzie było nasze Liceum.

Moim pierwszym prawdziwym chłopcem, już po zniknięciu Eugeniusza, był Roman ze starszej klasy. Cała szkoła żyła wtedy w nieustającym miłosnym podnieceniu. Był maj, po wielkim pochodzie z kukłami Czang Kai Szeka i Adenauera, które kleiliśmy przez cały kwiecień.

To zaczęło się na schodach, Ja szłam do góry, on w dół. Minęliśmy się, ale mieliśmy do siebie jakąś sprawę. Byłam onieśmielona. A jego nagle olśniło. Patrzyłam i widziałam, jak z sekundy na sekundę rodzi się wielka miłość. Byliśmy nierozłączni. Uciekaliśmy z lekcji. Trzymając się za ręce szliśmy w dół ulicą Czołgistów nad morze. Kiedyś w lesie, na skarpie, spotkał nas dyrektor. Ukarani, staliśmy się sławni. Nie pamiętam siebie. Pamiętam jego w brązowym, niemodnym garniturze, stale zwróconego do mnie w takim dziwnym półobrocie, jakby nie mógł się od mojego widoku oderwać. Czułam zniecierpliwienie i coś na kształt lekkiej odrazy. Ale to była wielka miłość.

Był pierwszym chłopcem – może nie chłopcem, mężczyzną raczej w tym swoim garniturze, którego przyprowadziłam do domu. Pokazałam mu staw i wielką, dziką gruszę przed oknem. W pokoju było ładnie. Tylko w ciemnej i zakopconej kuchni czaiło się cos wstydliwego. Ale on nawet tego nie miał.. Potem pokazałam mu miejsca dla mnie święte – wzgórza, skąd widać było wielką dolinę poprzecinaną szynami torów kolejowych, wyglądającą, jak dno olbrzymiej, wyschniętej rzeki. Na drugim brzegu tej suchej rzeki widać Chylonię, a u jej ujścia majaczy zamglona Gdynia. Obok nas, nieco dalej w stronę Oksywia w jamach wydrążonych w piaszczystym zboczu i umocnionych, mieszkali ludzie, całe niewielkie osiedle. A w dole była rzeźnia miejska.

Ale wśród wzgórz pełno było krzaczastych zakamarków, wyrobisk, ustronnych jarów. Łatwo o zupełną samotność. Wystarczyło zejść ze ścieżki w bok, wtulić się w zbocze. Kiedy się siedziało, nie widać było rzeźni. Siedzieliśmy do wieczora. Leżeliśmy obok siebie. Miałam piętnaście lat. Nawet nie wiedziałam, co mogło się stać. Ale się nie stało.

W lecie internat zamykano, wyjechał na wakacje i na jego list z wyrazami miłości, (kocham cię), odpowiedziałam chłodno i wymijająco. Po powrocie do szkoły – urażony – już mnie nie chciał. Szkoła też była inna, przeniesiona do Orłowa – nowa siedziba, obce miejsce. I ja też stałam się, kim innym. Inaczej wyglądałam. Dojrzewanie nie było dla mnie korzystne.

                                                                     II

Mówiłam już, że babunia była wolnomyślicielką. I mama. I dziadek. Karol Ryncki – dostojny i zasłużony kapitan – stary wilk morski. Umarł, zanim się urodziłam. To za ich sprawą, stałam się męczennicą za przekonania. Chodziłam do szkoły powszechnej - tak to się wtedy nazywało, do piątej klasy, w Chylonii. Mama w Pogórzu uczyła w szkole czteroklasowej.

Musiałam powiedzieć komuś w zaufaniu, że Boga nie ma, a może – nie pamiętam – powiedziałam to publicznie, nie licząc się z konsekwencjami. Droga do szkoły była długa – z Pogórza do Chyloni chodziłam ulicą Pucką w poprzek doliny. Zaczęło się zanim doszłam do wysokiego muru otaczającego miejską rzeźnię. Po drodze przyłączały się inne dzieci. Usłyszałam szepty. Ktoś krzyknął: „Boga nie ma” – naprędce wymyślone przezwisko. Zaczęli wrzeszczeć. - Boga nie ma, Boga nie ma! – Ktoś rzucił pierwszy, poleciały kamienie. Nie pamiętam, czy który trafił. Nie pamiętam, czy szłam dalej, czy biegłam. Nie pamiętam, jak dotarłam do szkoły. Nic już nie pamiętam. Przykre sprawy wymazuje się z pamięci. Jakoś przyschło. Tylko przezwisko „Boga nie ma” przylgnęło do mnie na dłużej.

Babunia żyła jeszcze. Wciąż ciekawa tego, co działo się wokół, czasem, na krótko, zapominała o cierpieniu i wtedy z lekką ironią obserwowała dziejące się wokół sprawy, a potem opisywała je dowcipnie w listach do cioci Maryli.

Dziesięć, może jedenaście lat. Wolnomyślni, nie wolnomyślni, ale tego wymagał obyczaj. Spóźniona Pierwsza Komunia. Nie raziło, że byłam taka wyrośnięta i chodziłam do szóstej klasy. W tych czasach nic nie mieściło się w kanonie. Wędrowałam razem z innymi na nauki do Kosakowa, długą drogą pomiędzy szpalerem drzew. Rodziła się trudna zażyłość pomiędzy mną, a dziećmi z sąsiedztwa. Codzienna, daleka droga do kościoła parafialnego, ani nie zbliżała, ani nie oddalała, dystans stale jeszcze był zachowany. Z łatwością nauczyłam się mówić po kaszubsku. To nie był dystans mówionego języka.

Mama dostawała, co pewien czas, wymienną szafkę z książkami do wypożyczania, ale coś mi się wydaje, że jedynymi czytelniczkami byłyśmy ja i Babunia. Byłyśmy świeżo po lekturze Mózgu i jego mechanizmu Iwana Pawłowa. To znaczy – ja, bo Babunia… nie sądzę.

Katechizmu trzeba było uczyć się na pamięć. Pytania były czarne, a odpowiedzi czerwone, albo odwrotnie. Nie wiem, dlaczego sprawiało mi to trudność o wiele większą niż teorie Pawłowa. Ksiądz był dobrym znajomym mamy, bo uczył religii w tej samej szkole, ale dla mnie był surowy. W ciszy i chłodzie kościoła padło skierowane do mnie pytanie: - Co to jest Kościół? Od razu zrozumiałam, że nie chodzi miejsce, w którym się znajdujemy. Co to może być Kościół? Nieco oddalona od tego pojęcia, widziałam je z zewnątrz i tak też zaczęłam opisywać. Przed oczami miałam tłum ludzi wykonujących rytualne gesty, wiedziałam, co łączy tych ludzi, wiedziałam, że wiara w Boga, który jest tam, gdzieś nad nimi. Jak to wyraziłam? Nie wiem. Pewno dość inteligentnie, jak na swój wiek. Ksiądz zastygł. W wyrazie jego twarzy był chłód i głęboka dezaprobata. Odwrócił się i wykonał gwałtowny gest w stronę kogoś innego. - Powiedz. - Kościół, to my wszyscy – wyrecytował tamten. - Kościół, to my wszyscy – powtórzył dobitnie ksiądz. Jakie to proste. Jak mogłam zapomnieć?

Zanim zamieszkałyśmy w Pogórzu, popowstaniowa tułaczka zawlokła nas do Kniewa, na zupełne odludzie, do poniemieckiej szkoły. Na strychu leżały jeszcze sterty książek zadrukowanych gotykiem. Resztę wyszabrowano. Szkoła stała tuż pod wysokim pagórkiem, a na pagórku był cmentarz ewangelicki. Ktoś tu był przed nami, ktoś plądrował. W miejscu opuszczonym tak niedawno, jak rany ziały ślady zniszczeń. Komuś potrzebne były kute ogrodzenia, ktoś inny przewrócił krzyż. Reszta zarosła zielskiem. Lubiłam się tam bawić, w tej absolutnej ciszy.

To w Kniewie pojawił się pewnej nocy Tolek. Z workiem pełnym niezwykłych rzeczy, w angielskim battle dresie. Najpierw w ciemności zobaczyłyśmy jego twarz za szybą.

A przecież mama nie wiedziała nawet, że on żyje…


publikacja - Pogranicza 2004

                                                                  SIDŁA

Pracę na czas wakacji w Prezydium Powiatowej Rady dostałam po znajomośi. W budynku B, gdzie mieścił się Wydział Zdrowia, weszłam do pokoju zastawionego ciasno biurkami, a tam wskazano mi drugi, mniejszy, gdzie siedział mój przyszły szef – doktor P. P. wstając na powitanie popatrzył na mnie przenikliwym wzrokiem głodnej jaszczurki. Ja też mu się przyjrzałam. W nieokreślonym wieku, stanowczo za stary, 40, może 45, z ptasią główką, niedużą, łysawą, w przykrótkich spodniach… Złagodził wyraz twarzy, zamienił go na przyjemny uśmiech. Z góry wiedział, że mnie przyjmie, to było już ustalone, ale i tak mój wiek i wygląd prawdopodobnie mile go zaskoczyły.

Nie czekałam długo na załatwienie formalności. Ankieta, świadectwa, badania lekarskie, angaż. Biurko i zakres obowiązków. Starzy pracownicy, skromne panie ubrane schludnie i panowie w mniej schludnych garniturach, przyjęli mnie bez niechęci. Zostałam instruktorem i mogłam rozpocząć urzędowanie. Poznawałam nieznane mi dotąd dźwięki, zapachy, nagłe ożywienie, kiedy powstawał konflikt na korytarzu i wlokący się bezruch. Oczekiwanie na koniec dnia.

Doktor P. jeździł w teren służbową warszawą, inspektorzy pekaesami, albo, czym kto mógł, a ja nieśmiało prosiłam o podwiezienie doktora P. Zgadzał się (czemu nie?) traktując mnie z wyniosłą pobłażliwością. Samochód, garbatą warszawę prowadził pan Stasio, zawodowy kierowca, człowiek arogancki i nieprzystępny. Często dosiadał się jeszcze ktoś. Jeśli to był inspektor czuwający nad stanem higieny w restauracjach, to nigdy z nami nie wracał, kończył swoją trasę kompletnym zamroczeniu alkoholowym. Jeśli dosiadała się inż. Bułka, fachowiec od instalacji wodno kanalizacyjnych – było weselej. Podczas, gdy ona pobierała próbki wody z chłopskich studni, można było rozprostować kości, rozejrzeć się, wysłuchać lamentów gospodarzy. Ja i doktor P. mięliśmy wspólny cel: tak zwane Ośrodki Zdrowia. Moim zadaniem była kontrola zeszytów, w których lekarz zapisywał pogadanki na tematy medyczne, wygłaszane do pacjentów stłoczonych przed gabinetem w poczekalni (sprawdzałam tylko daty), a doktor P. wizytował Ośrodki ogólnie. Wnikliwie przyglądał się wnętrzom, potem długo rozmawiał na osobności z kierownikiem, na ogół dobrym znajomym. Rzadziej wrogiem.

Wracaliśmy zwykle późnym popołudniem, trochę bardziej zbratani, ale raczej na dystans, ja wciąż jeszcze onieśmielona. Minęło kilka dni, może dwa tygodnie, nieoczekiwanie coś się zaczęło dziać pomiędzy mną, a doktorem P.; czułam na sobie jego wzrok. Nie wiedziałam, co o tym myśleć. Być może zjawiłam się tak nagle, z obcego mu świata, przyszła artystka, ktoś niezwykły… Ale dla mnie on też był zagadką. Nieco odrażającą, ale pociągającą zarazem. Widać również niezbyt pewny siebie, rozmawiał ze mną trochę tak, jak z dzieckiem, albo z kimś, do kogo trzeba się przystosować. Obserwowałam go. Inteligent. Lubił czytać historie wojen, nie ze względu na martyrologię, raczej strategię i taktykę. Podobno miał spory księgozbiór. Próbowałam dyskretnie dowiedzieć się czegoś o nim od pań w biurze. Wiedziałam już – nie żonaty, ale nie całkiem samotny. Od dawna związany z czarnooką, zamężną dentystką. Jej mąż, ona i doktor P. stanowili dziwaczny trójkąt. Dentystka nie kryła poufałości w kontaktach z doktorem P. – to widziałam na własne oczy, jej mąż nie okazywał zazdrości (przynajmniej publicznie), a doktor P. bardzo cenił męża. Cały ten układ od dawna już kręcił się w łagodnym rytmie.

Tego lata miało wydarzyć się coś, podobno nadzwyczajnego. Miał przybyć do powiatu filmowóz z województwa. Właśnie przyszło pismo w tej sprawie. Wodząc palcem po mapie sporządziłam dokładny plan trasy, ustaliłam terminy, zawiadomiłam listownie wiejskie szkoły. Potem przez kilka dni przyjeżdżał z Warszawy samochód-buda, przypominający pojazd do przewożenia więźniów. Kierowca, nijaki i zamknięty w sobie młody człowiek, był jednocześnie kinooperatorem. Przywoził płaskie puszki z filmami o przestrzeganiu higieny, zarówno w obejściu, jak i osobistej.

Lato było pogodne i suche, a my jeździliśmy po bezdrożach. Pewnego dnia nasz samochód, obciążony dodatkowo agregatem prądotwórczym, utknął w głębokim piasku na drodze prowadzącej do wsi, leżącej gdzieś, w dzikich ostępach powiatu. Zostałam na straży, a kierowca poszedł po pomoc piechotą. Przybiegli mieszkańcu podnieceni widokiem samochodu. Zdarzenie musiało być wyjątkowe. Mężczyźni, trochę bardziej obyci z techniką, wyciągnęli nas z piasku końmi, a milczące, zdumione dzieci odprowadziły biegnąc obok samochodu do samej szkoły. Frekwencja, jak zawsze zresztą, była zapewniona, treść filmów nie miała istotnego znaczenia, a mężczyzn interesował agregat prądotwórczy.

Spodobała mi się ta wieś. Wydawała się nieskalana cywilizacją. Operator robił swoje, a ja wymknęłam się z dusznej salki i wędrowałam po opłotkach. Od dzieciństwa lubiłam opowiadać o wszystkim, co mnie spotkało wymyślonemu rozmówcy. Tym razem był to doktor P.. To jemu opowiadałam o tej szczególnej przyjemności, jakiej doznałam idąc w nabrzmiałej upałem ciszy, najpierw pod osypującym się zboczem pagórka pachnącego macierzanką, a potem gdzieś, na tyłach gospodarstw, w pobliżu rozwalających się parkanów, za którymi kłębił się bujny nieład przydomowych ogródków. Od strony obór zapachniało gnojówką i mlekiem. Zauważyły mnie psy i zaczęły szarpać się na łańcuchach. Odeszłam w stronę pól. Otworzyła się przede mną przestrzeń. Było naprawdę pięknie. Opowiadałam doktorowi P. o sobie i o tym, co widzę, o zapachach i o tej szczególnej ciszy pełnej dźwięków. Widziałam, jak uśmiecha się przyjaźnie, wszystko rozumie. Naprawdę, był doskonałym rozmówcą.

Osobą życzliwą, godna zaufania wydawała się również inżynier Bułka. Doktor P. też ją cenił, choć jej tego nie okazywał. Bywał w stosunku do niej przyjacielski z domieszką lekkiej ironii, z która także się nie zdradzał. Brzydka, prostoduszna, lubiła wszystkich, nawet naszą koleżankę Rachelę. Rodzice inżynier, starzy Bułkowie, mieli solidne podstawy zamożności: na swoich żyznych polach w pobliżu Wisły uprawiali kapustę.

W ogrodach dojrzewały pierwsze owoce. Inżynier Bułka poprosiła o dzień wolny na zbiór porzeczek w swoim gospodarstwie. Nie byłam przy tym, nie wiem, jak to się stało, że ja i doktor P. zostaliśmy przez nią zaproszeni. Wyruszyliśmy z samego rana garbatą warszawą, biorąc na ten dzień, obydwoje, delegacje służbowe, jak spiskowcy. ( Pan Stasio zachowywał w takich sytuacjach dyskrecję, będącą źródłem jego wyniosłej pogardy). W samochodzie siedziałam, jak zawsze, na tylnym siedzeniu, a doktor P. z przodu, lekko tylko odwrócony w moją stronę i poufale uśmiechnięty.

Rodzice inżynier Bułki (jak ona miała na imię?) przyjęli nas gościnnie śniadaniem. Przyjechaliśmy wszak pomóc w zbiorach. Niestety. Wizyta wprowadziła pewien nieład i opóźnienie, a oni nie liczyli chyba, że nasza obecność na coś im się przyda. I rzeczywiście. Doktorowi P. nie wypadało wziąć do ręki koszyka. Należał do grona powiatowych „towarzyszy” i nie mógł, ot tak sobie, pracować, jak równy z równym. Stał więc tylko pomiędzy krzakami i patrzył. Ja – to co innego. Starałam się być użyteczna. Nie próżnowałam. Jadłam porzeczki. A jakże. W tych czasach bywałam wiecznie głodna.

Nie pamiętam zbyt dobrze wydarzeń całego dnia. Wiem tylko, że lekko na rauszu po obfitym śniadaniu, bardzo wesoła i szczęśliwa, śmiałam się z niewyszukanych dowcipów pana Bułki. Zrywając owoce kucałam pomiędzy rządkami i w pewnym momencie, nagle, podnosząc się z klęczek, nadziałam się całym ciałem na uporczywy, nieco szklisty wzrok pana P…. Było to spojrzenie szczególne, jak odruch, nad którym się nie panuje. Musiałam znieruchomieć na chwilę. Poczułam przyjemne osłabienie, coś w rodzaju nieważkości w ciepłej kąpieli. Uśmiechnęłam się, ale pan P. nie odwzajemnił uśmiechu. Trwaliśmy tak, nie wiem jak długo – ja lekko zażenowana. To była obietnica czegoś, co nierealne teraz, wydawało się nieuniknione..

Gorąco. W dni bez wyjazdów czas wlókł się niemiłosiernie, potęgując uczucie absurdu. Byłam pewna – to ja jestem winna temu, że siedzę bezczynnie, nie mogąc sobie wymyślić żadnego pożytecznego zajęcia. Obok mnie, biurko w biurko, urzędowała pani Rachela, nieufna, jakby stale czymś zagrożona, zachowująca się jak ptak gotowy do odlotu. I odleciała. Jeszcze tego lata. Z całą rodziną nie mówiąc, dokąd. Inne panie robiły wrażenie bardzo zapracowanych. Sporządzały arkusze statystyczne, wypełniały formularze. Z powodu remontu przeniesiono nas z budynku B do niskiego baraku, gdzie były pokoiki dwu i trzy osobowe, wyłożone płytami pilśniowymi i wystrzępionym linoleum. Do nisko osadzonych okien zaglądało zielsko. Widać było pnie sosen.

Doktor P. dostał osobny gabinet daleko od mojego pokoju. Widziałam przez okno, kiedy wchodził i kiedy wychodził z baraku. Wiedziałam, że kiedy bardzo się spieszy, a jednocześnie ociąga i wreszcie z determinacją rusza piechotą, to idzie z pewnością do Komitetu PZPR.

Ukryty w swoim gabinecie, był teraz niedostępny i tajemniczy. Wzywał mnie do siebie oficjalnie. Szłam pełna niepewności i emocji. W każdej chwili mógł ktoś wejść, więc nasza dziwaczna rozmowa toczyła się dwutorowo. Mówiliśmy o sprawach służbowych, pozbawionych wszelkiego znaczenia i o czymś zupełnie innym, dotyczącym mojego samopoczucia, czego bym chciała, a czego nie i dlaczego zachowuje się tak, a nie inaczej – również bez sensu. Obydwoje poruszaliśmy się po ciasnym pokoiku, krok w tą, krok w tą. Czekałam podniecona na te rozmowy, jednocześnie bojąc się całego tego, związanego z nimi skrępowania. Chętnie zwierzałabym się panu P., ale on chyba tego nie oczekiwał. W tym ciasnym pokoiku miałam nad nim przewagę nie wiedząc, jak ją wykorzystać. Wolałabym być obiektem troski i opieki doktora P., a wyczuwałam w jego zachowaniu niepokój. Domyśliłam się, że musiał coś w sobie przemóc, zanim mnie wezwał. Wyjazdy w teren to, co innego. Widząc, ze pan Stasio podstawia warszawę, pytałam grzecznie Doktora, czy mogę pojechać razem z nim. On uprzejmie wyrażał zgodę.

Pod koniec lata wybraliśmy się dość daleko, na sam kraniec powiatu. Tylko we dwoje, nie licząc oczywiście pana Stasia. Rozmowy doktora P. z lekarzami dziwnie się przeciągały. Załatwiłam swoje sprawy i łaziłam po okolicy, jak zawsze, z ciekawości wstępując do miejscowego geesu, gdzie można było obejrzeć przedmioty w mieście niespotykane, a tu do niczego nie przydatne. Było popołudnie, kiedy wreszcie jechaliśmy w stronę O. Doktor zapytał, czy nie jestem głodna. Byłam. Odbył lakoniczną rozmowę z panem Stasiem, pan Stasio wiedział, w którym miejscu zboczyć z trasy, podjechaliśmy pod duży, drewniany dom, przed którym stała grupka mężczyzn wyglądających na nietrzeźwych. Domyśliłam się. To była ta gospoda, o której mówiono półgębkiem uśmiechając się znacząco – prywatna restauracja. Doktor P. powiedział, że specjalnością restauracji jest krupnik – musimy spróbować. Krupnik okazał się brązową wódką, własnoręcznie sporządzana przez właściciela. Prywatnego właściciela, co już samo w sobie było czymś niezwykłym, kelnera i barmana w jednej osobie. Coś niecoś obiło mi się o uszy podczas tych letnich miesięcy. Restaurator miał przywileje. Odwiedzali go „towarzysze” z powiatu, którzy znaleźli tu cichą przystań w salce na zapleczu, z daleka od wścibskich oczu. Tego dnia nikogo z wyjątkowych gości nie było, o czym widocznie wiedział doktor P.. A jednak usiedliśmy w sali ogólnej, na wszelki wypadek, dla uniknięcia dwuznacznej sytuacji.

Siedzieliśmy we dwoje. Pan Stasio nieco dalej, rozparty, nie pił, no może jeden, albo dwa – w powrotnej drodze mógł natknąć się na milicjantów wyczekujących na jakikolwiek przejeżdżający samochód. W restauracji podawano schabowego z kapustą, ale my zamówiliśmy coś w rodzaju kiełbasy na gorąco, kiełbasy własnej roboty, która też miała być rarytasem. Piliśmy tek krupnik i byłam już pijana, szczęśliwa, skupiona wyłącznie na doktorze P.. Stał się kimś wyjątkowym. Już nie widziałam jego wąskich ramion i nienaturalnie wypukłej klatki piersiowej. Miałam przyjaciela. Kochałam go. Chciałam się dowiedzieć, czy on też mnie kocha, czekałam na jakiś znak. Ale nie pytałam. Nigdy nie pytam mężczyzn, czy mnie kochają. Wiem to bez zadawania pytań. Doktor P. jednak był czujny. Nie wysyłał jednoznacznych sygnałów. Utrzymywał mnie w niepewności. Czułam jego wyższość i moją całkowitą zależność. Dawał mi to odczuć. Posunął się nawet do ironii. To dlatego, że się upiłam. Postanowiłam nad sobą zapanować, zrobiłam wysiłek, ale wtedy cała sala z panem Stasiem i pijakami siedzącymi po kątach zawirowała, znalazłam się w oku cyklonu… Trochę to trwało, zrobiło mi się głupio. Wychodząc z tego zawirowania zobaczyłam twarz doktora P., spiętą, zaczerwienioną.

Zbieraliśmy się do wyjścia. Trzeba mnie było podtrzymać. Kiedy podprowadzili mnie do warszawy, uparłam się, że teraz ja będę siedziała z przodu. Doktor P. nie chciał na to pozwolić; tym razem mieliśmy siedzieć z tyłu oboje. Trwały przez jakiś czas targi, perswazje… Na nic. Postawiłam na swoim z zaciętym uporem. Miałam mętlik w głowie, ale to wiedziałam: szykowali mi coś, na co nie byłam gotowa, a zresztą… krępowałam się pana Stasia. Doktor zachowywał się jakoś dziwnie. Wyglądał na urażonego i milczał przez całą powrotną drogę.

W następnych dniach rzadko wychodził z gabinetu. Za to częściej zaczęła bywać czarnooka dentystka. Przyjrzałam się jej dyskretnie przez okno mojego pokoju, kiedy wchodziła do baraku – zauważyłam lekki, czarny zarost nad górną wargą. Przychodziła służbowo. Była szefową wszystkich dentystów w powiecie i miała pełne prawo przesiadywać godzinami w gabinecie doktora P.. Kiedy rozmawiali ze sobą na korytarzu, doktor P. ostentacyjnie demonstrował poufałość, jaka ich łączyła i robił to szczególnie głośno w mojej obecności. Dentystka miała około czterdziestu lat. To niemożliwe. Kobieta w tym wieku nie może się już podobać. Byłam pewna, że łączy ich tylko przyjaźń i właśnie to sprawiało mi pewną przykrość. Bo moje kontakty z doktorem P. pozbawione były tej zażyłości. Stale utrzymywał się między nami dystans. Okazywał mi nadmierne zainteresowanie, albo niczym nieuzasadniony chłód. A ja… Tak, brakowało mi go. Rozmawiałam z nim bezustannie, szczególnie podczas bezczynnego siedzenia za biurkiem. Wsłuchując się w odgłosy z korytarza, czekałam na coś, co mogło się wydarzyć i wymyślałam różne sytuacje. Wszystko było możliwe.

Nie wiedząc, co robić ze sobą, wyglądałam przez okno. Do Wydziału Zdrowia należała Opieka Społeczna. Wchodzili i wychodzili interesanci; wyniszczone kobiety, biedacy, ludzie zagubieni, a często starzy bywalcy. Przychodzili alkoholicy skierowani przez milicję na przymusowe leczenie – Wydział Zdrowia załatwiał formalności. Zdarzały się w związku z tym awantury, które budziły ogólną ciekawość. Ale to na zewnątrz. U mnie było cicho. W szufladzie miałam książkę. Udawałam, że coś piszę i nachylałam się nad otwartą szufladą. Plotka, że nic nie robię, nie pozbawiłaby mnie posady, ale byłaby upokarzająca.

Zawsze wiedziałam, czy doktor P. jest, czy go nie ma i zawsze na coś czekałam. Kiedy przesiadywał w swoim pokoju, mogło wydarzyć się coś niespodziewanego, kiedy wychodził, mógł wrócić lada chwila. Najgorzej było wówczas, kiedy wiedziałam na pewno, że go nie ma i nie wróci. Ogarniała mnie wtedy nuda i nieprzeparta chęć wyjścia z biura. Mogłam wyjść w każdej chwili, wszyscy tu wchodzili i wychodzili, pretekstów nie brakowało. Trzeba było mieć jednak jakiś cel, choćby taki, jak kupno gazety, a wtedy spacer przez miasto dawał odrobinę przyjemności. Potem można było połazić leniwie, zajrzeć tu i tam i wrócić przed czwartą przyśpieszając kroku przed samym wejściem do baraku, zademonstrować pośpiech i zaangażowanie.

Doktor P. bywał w Komitecie, bywał u Przewodniczącego i też demonstrował pośpiech i zaangażowanie. Kiedy pan Stasio woził inspektorów sanepidu, mógł, być może, pojechać pociągiem do Warszawy, żeby połazić po księgarniach – nie musiał się nikomu tłumaczyć. Albo mógł pół dnia przesiedzieć w gabinecie dentystki. W wyobraźni widziałam go właśnie tam.

Przestałam prosić o podwiezienie do Ośrodków Zdrowia, dawałam do zrozumienia, że mogę się bez niego obejść. To on miał zrobić jakiś gest, żeby przywrócić porozumienie, które było pomiędzy nami. Owszem, pewnego dnia zapytał, czy nie mam czegoś do załatwienia w S.. W Samochodzie siedziały jeszcze dwie osoby, rozmawiali we trójkę bardzo serio i doktor P. nie zwracał na mnie uwagi. W pewnej chwili zdawało mi się, że zawadziłam o jego spojrzenie, ostre jak szpikulec, ale to był tylko moment. Nie wiedziałam jednak, co o tym myśleć. Padał deszcz. Na postojach nie chciało się wysiadać z samochodu. Na tylnym siedzeniu porobiły się wygodne wgłębienia od nadmiernego zużycia, w jednym miejscu wystawała sprężyna. Zatrzymaliśmy się przed sklepem wyznaczonym do kontroli, inspektorzy pożegnali się i wysiedli, pan Stasio skorzystał z okazji i poszedł na stronę. Zostaliśmy sami, ja na tylnym, a on na przednim siedzeniu. I wtedy zdarzyło się coś dziwnego; świat wokół nas, jak gdyby przestał istnieć, jak nagła fala ciepła połączyło nas porozumienie bez słów. Siedziałam z opuszczoną głową, ale czułam na sobie jego wzrok. Bałam się ponownie podnieść oczy, bałam się w tej chwili czułości i nadziei zobaczyć nagle żałosną brzydotę człowieka, na którym mi zależało. Bałam się uzyskać przewagę. Poczuć litość, być może. Krótka chwila. Wrócił pan Stasio poprawiając po drodze rozporek. Doktor P. odzyskał pewność siebie. Pojechaliśmy dalej.

Pod koniec tygodnia inżynier Bułka zaprosiła znajomych, mnie również, na prywatkę do brata, lekarza, z okazji wydarzenia naprawdę wyjątkowego – brat właśnie dostał talon na wartburga. Doktor Bułka mieszkał w bloku, w prawdziwym mieszkaniu z łazienką. Inżynier nocowała tam od czasu do czasu, kiedy nie chciało jej się wracać na wieś.

Przyjechałam nieco spóźniona – goście już się zebrali. Rozbierając się w korytarzyku usłyszałam gwar dochodzący z pokoju. W medycznym światku wszyscy się znali, a ja byłam nowa i zbyt młoda, jak na to towarzystwo. W pierwszej chwili stałam się atrakcją, która jednak szybko się opatrzyła. Goście siedzieli wokół dużego, rozstawionego stołu pełnego zakąsek, sałatek, śledzików i butelek koniaku. Żona doktora, również lekarz, wyjechała do Bułgarii po kożuch – pomiędzy stołem a kuchnią krzątała się inżynier Bułka, zaaferowana i radosna. Rozmawiano, jak zwykle, o głupocie pacjentów – niewyczerpanym źródle lekarskich anegdot. Potem, kiedy gwar zaczął się zlewać, a niektórzy zapomnieli o ostrożności, półsłówkami o sprawach dla mnie niejasnych, bo dotyczyły ważnych osób w powiecie, nie wymienionych z nazwiska – wszystko w domyśle. Najlepiej wydawał się być poinformowany doktor P., ale robił wrażenie niezwykle dyskretnego. Tylko bardzo delikatne aluzje. Nikt nie miał mu tego za złe, wręcz przeciwnie. Był tu osobą ogólnie poważaną, chociaż od dawna nie praktykował jako lekarz.

Siedzieliśmy obok siebie. W ten sposób usadowił nas doktor Bułka. P. nalewał mi koniak do kieliszka. Na twarz wystąpiły mu nienaturalne rumieńce. Było duszno, sino od dymu. Gospodarz usiłował otworzyć okno mocując się z ramą. Wreszcie się udało.

Po kilku kieliszkach koniaku miałam poczucie ciepła, bliskości, duchowej wspólnoty z doktorem P., byłam pod jego opieką, interesował się mną, wiedziałam o tym, chociaż inni mogli tego wcale nie zauważyć. Nie włączałam się do rozmowy, na to byłam zbyt onieśmielona; miałam wrażenie, że gdybym się odezwała mój głos nie byłby słyszalny, tak jakbym niemo poruszała ustami – nikt by na to nie zwrócił uwagi. Rozmowa przestała już być ogólną wymiana zdań, porobiły się grupki, w których rozmawiano pomiędzy sobą. Usiłowałam skoncentrować zainteresowanie to na jednej, to na drugiej, ale nie mogłam się skupić i nic nie rozumiałam, tak jakbym siedziała za szklana szybą.

Lekko chwiejąc się od zasiedzenia i alkoholu wstałam, żeby wyjść do łazienki. W łazience przejrzałam się w dużym lustrze czując rozczarowanie. Przed wyjściem z domu wyglądałam lepiej. Teraz oczy jak gdyby zmalały i rozszerzyły się pory twarzy. Wróciłam do pokoju jeszcze mniej pewna siebie. Goście przesiedli się na kanapę, niektórzy stali, każdy brał, co chciał ze stołu, a doktor Bułka otworzył barek w meblościance, bo okazało się, że zabrakło koniaku, wyjął dwie butelki i szybko go zamknął.

Muszę nabrać pewności siebie. Muszę. Gdzie jest doktor P.? Siedział w fotelu. Nalałam sobie pełny kieliszek i usiadłam na poręczy fotela – głowa doktora P. znalazła się poniżej mojego ramienia. Dlaczego nic nie mówi? Dlaczego się nie odzywa, tylko patrzy przed siebie, jakbym była nieobecna? Zauważyłam, że drga mu kolano. Ktoś go zagadnął, włączył się z ożywieniem do rozmowy. Wypiłam całą zawartość kieliszka i po chwili miałam przykre uczucie, że do twarzy przylepił mi się nienaturalny uśmiech, jak skurcz, którego nie mogę się pozbyć. Ludzie kołysali się, przemieszczali, co rusz wyłaniała się jakaś twarz, na której starałam się skupić uwagę, po czym znikała z pola widzenia. Wydawało mi się, że gości jest mniej, gdzieś się podziali… Powychodzili? Uświadomiłam sobie, że muszę wracać do domu, bo ucieknie mi ostatni autobus. Inżynier Bułka, która teraz była moją serdeczną przyjaciółką... Katarzyna… tak Katarzyna miała na imię – znalazła się w pobliżu. Powiedziałam, że muszę do domu. Ależ nie, w takim stanie to wykluczone, są dwa pokoje, nie ma problemu, mogę zostać. Poczułam ulgę. Doktor P. nie ruszył się z fotela. On też nie mieszkał w O., ale nie zastanawiałam się, jak wróci do siebie, wcale mi to nie przyszło do głowy. Siedzieliśmy we czwórkę. Jak to się stało? Czułam, że nie przełknę już ani kropli alkoholu. Byłam tak zmęczona, że mogłabym zasnąć byle gdzie. Zauważyłam, że siedzę na kanapie obok doktora P. i opieram się o niego całym ciałem, chociaż nie sprawia mi to przyjemności, jest jakiś twardy, kanciasty, a potem to mija i jestem sama. Trzeźwieje, czując jednocześnie narastający ból głowy. Inżynier Bułka – Katarzyna mówi do mnie, że będę spała w sąsiednim pokoju, a ona z bratem – tu. W korytarzu są drugie drzwi do małżeńskiej sypialni. Wchodzę tam. Ktoś je zamyka za mną.

A tam, na szerokim małżeńskim tapczanie, leżał doktor P. rozebrany do skąpego podkoszulka, przykryty kołdrą do polowy. Lewą rękę wyciągnął w poprzek łóżka w geście zaproszenia. Taka sytuację przeczuwałam przez cały czas, może nawet chciałam, żeby tak się stało, ale to był inny doktor P.. Nie ten pożądany, nieco ironiczny i powściągliwy, inny, jakiś żałosny. W podkoszulku, z gołymi rękami, z wypukłą, chudą klatką piersiową i z takim wyrazem twarzy… Wiedziałam – muszę podejść do łóżka. Rozebrać się? Wykluczone. Paliła się nocna lampka. Usiadłam na łóżku jakoś tak niewygodnie. Doktor P. przygarnął mnie do siebie, wydawało się, że muszę upaść na niego całym ciałem, ale nie, zaparłam się, zesztywniałam. W tej szamotaninie jego ruchy były nieporadne, a ręce, to wpijały się we mnie, to przypominały macki. Kołdra zsunęła się, zobaczyłam granatowe gacie do kolan i chude nogi. Nie mogę, nie, nie mogę. Ale dlaczego? Po prostu. Nie mogę. Jest mi niedobrze. Wyjść, wyjść jak najszybciej. Jest noc. Jest mi niedobrze, to znaczy – mdli. Doktor P. trzyma mnie jak w szponach. To nie jest doktor P. Jego mała główka, pomarszczona szyja i ostry nos są takie odrażająco ptasie. I ta pokorna prośba w oczach… Okropne. Wyjść, wyrwać się wreszcie. Jestem przy drzwiach, a potem na korytarzu. Zrywam z wieszaka płaszcz, nie wiem, gdzie jest torebka. Nie mogę otworzyć wyjściowych drzwi. Jak się to otwiera? Wreszcie wolna. Zbiegam na dół.

Nie miałam zegarka. To był z pewnością środek nocy. Chłodna noc. Droga do domu prosta, szosą dziesięć kilometrów, na skróty bliżej, ale przez las. Pojdę szosą. Ruszyłam przed siebie.

W poniedziałek inżynier Bułka przyniosła moją torebkę nie pytając o nic. Doktor P. Był nieuchwytny. Wczesnym rankiem wezwał pana Stasia i pojechał w teren zupełnie sam. Nie widziałam go przez cały dzień. Czekałam w swoim pokoju, zerkając w okno. Zjawił się dopiero następnego dnia i nie wychodził na korytarz. Domyśliłam się, że mnie unika.

Pewna swojej przewagi, zapukałam do jego gabinetu. Miał zwyczaj krzyczeć głośno zza drzwi: wejść! Weszłam. Oczekiwałam czegoś innego. Zobaczyłam doktora P. obcego i wyniosłego. Nie wiedziałam, po co tu przyszłam. Gwałtownie szukałam jakiegoś pretekstu. I wtedy to przyszło samo. Powiedziałam, że muszę złożyć wymówienie i wrócić na studia. Trochę zawaliłam, ale może się uda. Czy za porozumieniem stron..?

Doktor siedział sztywno i nieruchomo, pogrążony w papierach. Co robić? Może wyjść? Kiedy podniósł na mnie wzrok, oczy miał zaczerwienione i zmętniałe. Płakał?

- Dobrze – powiedział cicho.

Stało się. Moja decyzja dla mnie samej była przykrym zaskoczeniem, a jednak po namyśle wydała się słuszna. Miałam już trochę pieniędzy, mogłam kupić zimowe buty. A zresztą – jakoś będzie. Może uda się zarobić dorywczo. Byłam podniecona, zarówno swoim postanowieniem, jak i niewątpliwą przykrością, jaką ta nagła zmiana sytuacji wyrządziła panu P… I czegoś było mi bardzo szkoda. Studia to szklany klosz, bytowanie nierealne, a tu było prawdziwe życie, zwykli ludzie. I doktor P.

Zostać w tym świecie na zawsze

Źródło: "http://poewiki.pl/index.php?title=Strona_osobista:Wanda_Szczypiorska"

Ostatnio zmieniane o 09:25, 13 marca 2010


[PoeWiki]

Edytuj
Rozmowa
Historia strony

Ostatnie zmiany
Losuj stronę
Lista uczestników
Co nowego?
Czerwony Pokój
Kategorie stron
Wszystkie strony


Co tu prowadzi?
Zmiany w powiązanych
Wkład uczestnika

Strony specjalne